„Księga Ludensona“

tekst – Zofia Stanecka, ilustracje – Marianna Oklejak

„Epilog“

Anna Osmołowska spała tej nocy spokojnie. A gdy otworzyła oczy, nie pamiętała snów, które jeszcze przed chwilą śniła. Poszukała wzrokiem dzieci. Mania spała na brzegu łóżka, zwinięta w ciasny kłębuszek. Natalia leżała na brzuchu, z twarzą wbitą w poduszkę i jedną nogą wystającą spod koca. Mama pochyliła się nad Manią i ucałowała ją w czoło. I wtedy poczuła, że coś jest nie tak. Włosy Mani były wilgotne, a czoło słone, jakby dopiero przed chwilą wyschły na nim łzy lub morska woda.      
Pani Anna sięgnęła do stóp śpiącej córeczki. Były lodowato zimne i bardzo brudne, jakby umazane w zaschniętym błocie. Mania poruszyła się we śnie i mocniej przycisnęła do siebie Pieska, z którego wypłynęła na prześcieradło kałuża wody.
- Co tu się dzieje? – wyszeptała pani Anna.
Na wszelki wypadek wybiegła na korytarz i zajrzała do pokoju Jacka i Marty. Spali grzecznie i tak mocno, jakby zasnęli dosłownie przed chwilą. Pani Anna dotknęła ich stóp. Były równie zimne, jak Mani.
- Nic z tego nie rozumiem – westchnęła.
Wróciła do łóżka i mocno objęła śpiącą Manię. Wtuliła twarz w jej ciepły pachnący karczek i poczuła, jak spływa na nią dziwny spokój. Nie miała pojęcia, co wydarzyło się ostatniej nocy i czuła, że być może, nigdy się tego nie dowie. A jednak nie bała się, bo dzieci nie zniknęły, jak poprzednio. Gdziekolwiek były tej nocy – w Nibylandii1 czy w jakiejkolwiek innej krainie – wróciły. I jakiś wewnętrzny głos podpowiadał pani Annie, że tym razem na stałe.
Mania westchnęła i uśmiechnęła się przez sen.
- Do widzenia! – szepnęła do kogoś.
Pani Anna pomyślała, że wiele by dała, żeby poznać teraz sny swojej najmłodszej córki.
Gdyby jej się to udało, stałaby się uczestnikiem wydarzeń ostatniej nocy, bo Mania we śnie raz jeszcze przeżywała to wszystko, co stało się po oczyszczeniu „Księgi Ludensona” i zniknięciu pod wodą tajemniczej Istoty. Raz jeszcze stanęła nad brzegiem jeziora Żarnowieckiego, z „Księgą” schowaną pod bluzką i z mokrym Pieskiem zwisającym smętnie z jej zziębniętych dłoni…
                                                                           ***
- I co teraz? – spytała Marianna i spojrzała pytająco na Jetteckiego. – Teraz, gdy nie ma już „Księgi”. Czego będzie pan szukał?
- Niczego. – Wzruszył ramionami i spojrzał na nią nieśmiało. – Wszysztko, czego bym chciał, już żnalażłem.
Marianna zarumieniła się lekko i spuściła wzrok.
- Czy… - Jettecki odważył się wziąć ją za rękę. – Czy mógłbym… - Zająknął się. Położył drugą dłoń na drobnej ręce Marianny i usiłował zadać tak ważne dla niego pytanie, ale słowa nie chciały mu przejść przez usta, jakby były zbyt wielkie i utknęły gdzieś wewnątrz.
- No dobra, dobra. – Sigrid brutalnie przerwała im chwilę wzruszenia. – Ty się tu, syna, nie rozczula, tylko zbiera swoja gruba tyłek do domu. Jeśli ty myśli, że ja zadowolona z tego, co się tu stało, to ty się mycket2, mycket myli! Ty nie łapie już ta chuda robala, tylko zmiata stąd ze mną. Ale już!
Jettecki cofnął ręce, speszony i czerwony aż po czubki prawie białych włosów.
- Przepraszam – szepnął. – Ja… już pójdę chyba.
Odwrócił się i podszedł do matki.
- Możemy odejszcz. Wiem, czo mnie czeka i nie boję szię.
- No, ja myśli. – Sigrid prychnęła pogardliwie. – Jeszcze by tego brakowała, żeby ty bał się czego.
Marianna stała z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, niezdolna się poruszyć. Nie wiedziała, co się z nią dzieje i dlaczego, jej serce bije tak mocno, jakby miało rozsadzić ją i wypaść na mokrą ziemię. Chciała biec za Jetteckim i coś mu powiedzieć, wytłumaczyć, ale nie mogła wydobyć z siebie nawet jednego słowa. Patrzyła więc w milczeniu, jak Sigrid kładzie ciężką rękę na ramieniu byłego dyrektora cyrku i stawia pierwsze ciężkie kroki w stronę Północy. Łzy zebrały jej się pod powiekami i spływały jedna za drugą po chudych policzkach… Wróć – szeptało jej serce, ale usta milczały, a stopy nie poruszyły się nawet o milimetr. I kiedy traciła już nadzieję, Jettecki odwrócił się nagle. Patrzył przez chwilę na nią smutnymi oczami, a potem zdjął rękę matki z ramienia i zawrócił. Podszedł do bibliotekarki i stanął przed nią bez słowa. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej niewielką książeczkę obłożoną w szary papier.
- To należy do Pani – powiedział i wręczył jej biblioteczną „Ucieczkę na południe”. – Już nie będże mi potrzebna. Bo przeczeż wędruję na Północz. Chczałem ją żabracz, że szobą. Na pamiątkę. Pomyszlałem jednak, że nie byłoby to właszcziwe. Już i tak myszli Pani o mnie jak o żłoedżeju i porywaczu.
Marianna pokręciła wolno głową i spojrzała mu prosto w oczy.
- Ja… - wyszeptała. – Już od dawna tak nie myślę. Proszę, niech Pan ją zatrzyma. Na pamiątkę. Kto wie… Może jeszcze kiedyś się spotkamy. Na południu. Albo gdzie indziej. Wtedy mi ją Pan odda.  Albo wymieni na jakąś inną książkę.
Jettecki zajrzał w zielone oczy, a to, co w nich dostrzegł, napełniło go nagłym, szalonym szczęściem. Pochylił się nad Marianną i delikatnie objął ją wielkimi rękami. A ona położyła głowę na jego szerokiej piersi i przez chwilę słuchała mocnego, szybkiego bicia jego serca. Żadne z nich nie pamiętało, jak oderwali się od siebie ani tego, czy padły między nimi słowa pożegnania.
Następna rzeczą, jaką pamiętała Marianna, był szum silnika oddalającej się żółtej ciężarówki i widok trzęsącej się z zimna Mani stojącej obok i ściskającej kurczowo mokrego Pieska. Uklękła przy niej i pogłaskała małą po buzi.
- Jesteś mądrą i dzielną dziewczynką, wiesz? – powiedziała. – O wiele mądrzejszą od nas, głupich dorosłych.
Ludenson, przypatrywał się scenie rozstania bibliotekarki z dyrektorem i myślał tych rozstaniach, które on sam przeżywał w swoim krótkim, jak na trolla, życiu. Spojrzał na ojca, który stał obok ze stosem kamieni w objęciach i nagle zrozumiał, że nie jest już dzieckiem. Przeniósł wzrok na Manię. Poczuł, że serce ściska mu się z żalu, bo wiedział, że za chwilę czeka go kolejne bolesne rozstanie. Nie miał jednak wyjścia. Teraz, gdy odzyskał ojca, nie mógł pozostać w „Jaskółce”. A co więcej, nie chciał już się ukrywać. Chciał zwiedzić świat, chciał odwiedzić ojczyznę, chciał żyć, wolny i swobodny jak jego przodkowie z praczasów, gdy jeszcze nie było na ziemi człowieka. Wyjął z kieszeni małą, żółtą książeczkę pozakładaną w wielu miejscach kawałkami kartek i starymi biletami cyrkowymi. Otworzył ją na ostatniej stronie i spojrzał na rysunek. Zwalista, owłosiona sylwetka Małpoluda wędrowała na nim w kierunku słońca. Na południe.
- Tato… - Ludenson zwrócił się do Ludenhuda. – Ja nie wraca do domu. Ja idzie daleko, w świat. Ja ciekawy.
Ludenhud skinął głową. Nie musiał dodawać, że pójdzie z synem. Obaj wiedzieli, że tak właśnie się stanie. Ludenson podszedł do Natalii.
- Ty ma ten krem, który ja smarował? – spytał.
Natalia sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej tłustawą tubkę.
- Została już tylko połowa. Jak sobie poradzicie? I, przepraszam, że to mówię, ale twój tata musi się chyba ubrać. Nie może wędrować po świecie goły.
- Ja sobie poradzi – zapewnił ją Ludenson. – Zarobi. Ja naprawia rowery, ja nosi ciężary i kupuje dla tata garnitur. My idą w świat.
- Jeśli dobrze się zastanowić, to po ubraniu w garnitur twój ojciec mógłby wyglądać jak zagraniczny turysta – uznał Jacek.
Mania oderwała się od Marianny i podeszła do Ludensona. Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno, mocno się do niego przytuliła.
- Ja nigdy cię nie zapomni – wyszeptał jej troll prosto do ucha. – Ja dziękuje.
- Do widzenia – wymamrotała Mania w jego nylonowy dresik. – Do widzenia…
A potem było już po wszystkim. Zostali sami: dzieci, bibliotekarka i przedstawiciele władzy: posterunkowy Budzisz i Karolina. Najpierw jednak wydarzyło się coś jeszcze.
Po pożegnaniu z Manią Ludenson podszedł do stojącego obok Budzisza. Położył mu rękę na ramieniu i zajrzał prosto w oczy. Jego ojciec, jakby zrozumiał, co syn zamierza, podszedł do Karoliny i położył jej dłoń na ramieniu w podobnym geście. Po chwili odwrócili się obaj do dzieci i Ludenson powiedział:
- Ja i tata odchodzę. A wy zostaje. Ja nie chce dla was kłopot i ja zsyła na ta policjant zapomnienie. To niewiele, ale tyle ja mogę zrobi dla was.
I dlatego, gdy po chwili na brzegu jeziora zostali sami ludzie, posterunkowy Budzisz nie zażądał od dzieci spisania zeznań, tylko spytał, dokąd ich zawieźć. On i Karolina wyglądali na lekko oszołomionych, ale przytomnych. I nie wiadomo, czy zadziałała magia trollowa, czy też stało się coś innego, ale posterunkowy Ryszard Budzisz patrzył teraz na Karolinę innym niż wcześniej wzrokiem, wzrokiem pełnym uznania i podziwu.
„Jaskółka” stała cicha i spokojna. Gdy zajechał pod nią wóz policyjny, zamachała do nich odrapanym oknem łazienkowym, które ktoś niebacznie zostawił otwarte. Dzieci pożegnały się z Marianną i weszły bez słowa na górę. Wśliznęły się do swoich łóżek, jakby nigdy z nich nie wstawały. Po chwili już spały, a razem z nimi spał cały dom, potrzaskując cichutko przez sen, gdy wiatr trącał jego popękane mury…
                                                                                  ***
Mijały lata. Rodzina Osmołowskich nie raz jeszcze odwiedziła „Jaskółkę”. Dom, stary i zniszczony, z czasem zaczął niszczeć jeszcze bardziej. Pokój Ludensona, nazywany pakamerą, pozostał zagracony i nieużywany, choć Natalia nie raz usiłowała go uporządkować. Z czasem poszła na architekturę, z zamiarem powrotu do Jastrzębiej Góry i ocalenia domu, który był świadkiem największej przygody jej dzieciństwa. Jacek zajął się fotografią, a Marta skończyła prawo i została adwokatem.
Mania nie raz jeszcze wędrowała po opuszczonych pokojach „Jaskółki”, w nadziei, że raz jeszcze przydarzy jej się coś niezwykłego. To ona zawiesiła na drzwiach pakamery deseczkę z ręcznie wypalonym napisem „Ludenson”. Niestety, jeszcze tego samego lata, ktoś ją ukradł. Każdego sierpnia dostawała list, w którym poza prostymi pozdrowieniami znajdowała dwa zdjęcia. Na jednym dwóch bardzo włochatych turystów w ciemnych okularach, machało do niej spod najwspanialszych zabytków świata. Drugie przedstawiało to samo miejsce, ale w miejscu stojących postaci widniał niewielki szary kamyk.

Epilog

Przez parę kolejnych lat dostawała też pocztówki od Marianny Gosz. Dowiedziała się z nich, że Marianna nadal odwiedza zaczarowaną bibliotekę i że poszła na studia zaoczne, na skandynawistykę. Pewnego dnia kartki przestały przychodzić i po Mariannie słuch zaginął.
Mania wciąż przechowywała pełną czystych kartek „Księgę Ludensona”. Z czasem zaczęła w niej chować spisane na kartkach pierwsze opowiadania. Wierzyła, że tylko spisane słowa mogą ją na nowo połączyć z tym, co było i sprawić, że dzieciństwo, które w rzeczywistym świecie mijało aż nazbyt szybko, zostanie z nią na zawsze – w książkach. Gdy poszła do liceum, zapisała się na kurs języka szwedzkiego. Dzięki temu mogła odczytać wiadomość z Północy, gdy ta wreszcie do niej dotarła.
Była już dorosła, gdy z zardzewiałej skrzynki zawieszonej na furtce „Jaskółki” wyjęła wymiętą, zaadresowaną do siebie kopertę bez nadawcy. W środku znalazła kiepsko wydrukowany wycinek z lokalnej szwedzkiej gazety. Siadła na progu pokoju Ludensona i przeczytała:
„Pośród pustkowi najdalszej Północy powstała niezwykła inicjatywa. Tam, gdzie przez pół roku nie dociera światło słońca, działa objazdowa blioteka. Choć znajduje się w niewielkim wozie, który wygląda na przerobioną budę cyrkową, wydaje się mieścić w sobie niezmierzony księgozbiór. Czytelnicy mogą w niej znaleźć każdą książkę, jaką tylko chcieliby przeczytać. Nie wiadomo, co sprawia, że wóz biblioteczny dociera do najbardziej opuszczonych miejsc i do ludzi, którzy najbardziej potrzebują pocieszenia.
- Chcemy być wszędzie tam, gdzie ginie wiara w potęgę słowa – mówi bibliotekarka Marianna Jettecki.
Gdy pytam ją, kogo ma na myśli, mówiąc „my”, uśmiecha się i robi nieokreślony ruch dłonią.    
- Myślę, oczywiście, o sobie, moim psie i… o tych wszystkich, którzy wierzą w magię książek.
Pies Marianny, o dziwnym imieniu Azor, towarzyszy nam w czasie całej rozmowy. Jest prawie niewidomy, ale dzielnie macha ogonem, gdy pani zaczyna o nim mówić.
Miejscowi mówią, że Marianna nie podróżuje sama. Są tacy, którzy twierdzą, że widzieli ja w lesie w towarzystwie ogromnego mężczyzny. Gdy pytam ją o to, wybucha śmiechem i mówi:
- Na tym właśnie polega tajemnica opowieści: nie ma w nich rzeczy niemożliwych.”
Mania długo patrzyła na zamieszczone koło artykułu zdjęcie. Widać było na nim niewielki wóz z kolorowym napisem „Jettecki bibliotek”. Przed wozem na małym stołeczku siedziała uśmiechnięta Marianna, obok niej posiwiały Azor wpatrywał się w Manię wiernym wzrokiem. W tle, przed drzewami widniały dwa słupy, wyglądające trochę jak ogromne nogi odziane w biały garnitur.
Mania uśmiechnęła się i złożyła artykuł.
- Czas otworzyć „Księgę” – powiedziała na głos. – I zacząć zupełnie nową historię. Ta toczy się już własnym rytmem i ani mnie, ani nikomu innemu nic do tego!
Wyszła do ogrodu, siadła przy dziecięcym stoliku pod mirabelkami i napisała pierwsze zdanie swojej pierwszej powieści.
Zdanie to brzmiało: „Jesienią 1806 roku na Olandią przetoczył się sztorm.”

------
1 Nibylandia - baśniowa kraina Piotrusia Pana z książki J.M. Barriego „Piotruś Pan i Wendy”
2 Mycket – (szw.) bardzo

Premiera kolejnego odcinka książki „Księga Ludensona“ już 2011-12-30