„Księga Ludensona“


[tekst – Zofia Stanecka, ilustracje – Marianna Oklejak]
Epilog

Data dodania: 2011 12 30

Anna Osmołowska spała tej nocy spokojnie. A gdy otworzyła oczy, nie pamiętała snów, które jeszcze przed chwilą śniła. Poszukała wzrokiem dzieci. Mania spała na brzegu łóżka, zwinięta w ciasny kłębuszek. Natalia leżała na brzuchu, z twarzą wbitą w poduszkę i jedną nogą wystającą spod koca. Mama pochyliła się nad Manią i ucałowała ją w czoło. I wtedy poczuła, że coś jest nie tak. Włosy Mani były wilgotne, a czoło słone, jakby dopiero przed chwilą wyschły na nim łzy lub morska woda.      
Pani Anna sięgnęła do stóp śpiącej córeczki. Były lodowato zimne i bardzo brudne, jakby umazane w zaschniętym błocie. Mania poruszyła się we śnie i mocniej przycisnęła do siebie Pieska, z którego wypłynęła na prześcieradło kałuża wody.
- Co tu się dzieje? – wyszeptała pani Anna.
Na wszelki wypadek wybiegła na korytarz i zajrzała do pokoju Jacka i Marty. Spali grzecznie i tak mocno, jakby zasnęli dosłownie przed chwilą. Pani Anna dotknęła ich stóp. Były równie zimne, jak Mani.
- Nic z tego nie rozumiem – westchnęła.
Wróciła do łóżka i mocno objęła śpiącą Manię. Wtuliła twarz w jej ciepły pachnący karczek i poczuła, jak spływa na nią dziwny spokój. Nie miała pojęcia, co wydarzyło się ostatniej nocy i czuła, że być może, nigdy się tego nie dowie. A jednak nie bała się, bo dzieci nie zniknęły, jak poprzednio. Gdziekolwiek były tej nocy – w Nibylandii1 czy w jakiejkolwiek innej krainie – wróciły. I jakiś wewnętrzny głos podpowiadał pani Annie, że tym razem na stałe.
Mania westchnęła i uśmiechnęła się przez sen.
- Do widzenia! – szepnęła do kogoś.
Pani Anna pomyślała, że wiele by dała, żeby poznać teraz sny swojej najmłodszej córki.
Gdyby jej się to udało, stałaby się uczestnikiem wydarzeń ostatniej nocy, bo Mania we śnie raz jeszcze przeżywała to wszystko, co stało się po oczyszczeniu „Księgi Ludensona” i zniknięciu pod wodą tajemniczej Istoty. Raz jeszcze stanęła nad brzegiem jeziora Żarnowieckiego, z „Księgą” schowaną pod bluzką i z mokrym Pieskiem zwisającym smętnie z jej zziębniętych dłoni…
                                                                           ***
- I co teraz? – spytała Marianna i spojrzała pytająco na Jetteckiego. – Teraz, gdy nie ma już „Księgi”. Czego będzie pan szukał?
- Niczego. – Wzruszył ramionami i spojrzał na nią nieśmiało. – Wszysztko, czego bym chciał, już żnalażłem.
Marianna zarumieniła się lekko i spuściła wzrok.
- Czy… - Jettecki odważył się wziąć ją za rękę. – Czy mógłbym… - Zająknął się. Położył drugą dłoń na drobnej ręce Marianny i usiłował zadać tak ważne dla niego pytanie, ale słowa nie chciały mu przejść przez usta, jakby były zbyt wielkie i utknęły gdzieś wewnątrz.
- No dobra, dobra. – Sigrid brutalnie przerwała im chwilę wzruszenia. – Ty się tu, syna, nie rozczula, tylko zbiera swoja gruba tyłek do domu. Jeśli ty myśli, że ja zadowolona z tego, co się tu stało, to ty się mycket2, mycket myli! Ty nie łapie już ta chuda robala, tylko zmiata stąd ze mną. Ale już!
Jettecki cofnął ręce, speszony i czerwony aż po czubki prawie białych włosów.
- Przepraszam – szepnął. – Ja… już pójdę chyba.
Odwrócił się i podszedł do matki.
- Możemy odejszcz. Wiem, czo mnie czeka i nie boję szię.
- No, ja myśli. – Sigrid prychnęła pogardliwie. – Jeszcze by tego brakowała, żeby ty bał się czego.

1 2 3 4 »